{czytanki}
S Z P I E G
Długo poszukiwałem spokoju. Ta nieznośna ciągłość niepewności doprowadzała mnie do szału. Postanowiłem spróbować w piwnicy. Zamknąłem się w niej na jakiś czas. Po paru dniach spostrzegłem jednak złowieszcze oczy jakiejś niezwykłej postaci, która czaiła się wśród sterty starych rupieci. Kiedy podszedłem bliżej, postać zniknęła w mroku.
Pewnego cichego wieczora zakradłem się w tamto miejsce i cierpliwie czekałem na pojawienie się owej zjawy. Wreszcie ujrzałem wstrętną, ohydnie tkwiącą w ciemności łapę poczwary. Chwyciłem oślizgłą kończynę i gwałtownym ruchem wydobyłem potwora na zewnątrz. Mdłości niesamowite spowiły moje ciało, gdy zobaczyłem jego twarz, a właściwie tą dziwną strukturę, która tkwiła w miejscu lica. Zdawał się być wtedy zawstydzony, nienormalny. Potrząsnąłem nim silnie próbując wydobyć choćby jedno słowo wyjaśnienia, ale ponieważ nie reagował, jednym zdecydowanym ruchem, wbiłem mu w sam środek korpusu metalowy pręt. Wówczas dopiero, ciężko dysząc, przyznał się, że jest tylko wysłannikiem, że został tutaj przysłany. „Przez kogo?" - spytałem. Wtedy wskazał dom mego Przyjaciela, po czym ciało jego osunęło się bezwładnie na ziemię i potwór skonał.
Postanowiłem wyjechać z kraju. Zamieszkałem w małej wiosce nad Ghaghrą. Odpowiadały mi tutejsze „chude" posiłki, składające się ze smacznych owoców i dużej ilości różnego pochodzenia zieleniny. Pewnego ciepłego wieczoru, podczas spożywania świeżo zaparzonej zielonej herbaty, z drewnianego naczynia z napojem wylazł kolejny szpieg, który wyglądał dokładnie tak samo jak tamten z piwnicy. Był cały mokry, więc wziąłem kawałek lnianej szmaty i osuszyłem go, nie robiąc mu żadnej krzywdy. Wówczas wskazał mi miejsce, w którym przebywał jego zleceniodawca. Był to, jak słusznie przypuszczałem, dom mego Przyjaciela. W oczach szpiega, niczym w przeklętym lustrze, dostrzegłem najgorsze cechy Zleceniodawcy - zazdrość i przebiegłość. Czułem jednocześnie olbrzymie podobieństwo między dobrze znanym mi człowiekiem a siedzącym tutaj szpiegiem. Dopiłem herbatę, a on poszedł sobie.
Zamknąłem się w pniu drzewa beczkowego. Przez pewien czas naprawdę czułem się bezpiecznie. Jak wielkie było jednak moje zdziwienie, kiedy pewnej nocy, między cząsteczkami wody, miedzy fundamentami rodzącego się spokoju, dostrzegłem czającego się szpiega. Dryfował spokojnie na powierzchni. W jego oczach-zwierciadłach czaiła się nieskończona fałszywość, niezrozumienie i podłość. Uciąłem szpiegowi ucho. Rana zaczęła obficie krwawić. Wziąłem więc ten narząd przeklęty, przyłożyłem do broczącej krwią rany i uleczyłem potwora. Nie był on przecież winny niczemu. W podzięce szkarada wskazała mi źródło swej żywotności. Było nim wysokie, sięgające najwyższych partii nieba drzewo, na którym dostrzec mogłem moich dawnych przyjaciół. Oczy ich przesłonięte były mgłą niepoznania mojej osoby i rzeczywistości. Kroczyli tak bez celu po krętych gałęziach narażeni na śmierć. Patrząc tępo przed siebie, nie byli w stanie spojrzeć w dół i rozpoznać mnie. Uśmiechnąłem się lekko i wtedy, jakby uśmiech mój zawierał jakiś magiczny impuls, pękła jedna z gałęzi, po której kroczył jeden z upiorów. Spadał długo, zanim jego i tak martwe ciało uderzyło w ziemię.
Wróciłem do swojego drzewa, a drzewo ślepców runęło z hukiem na ziemię, pochłaniając wszystko. Upadło, bo zbudowane było z materiału nietrwałego i spróchniałego.
Stałem jeszcze przez chwilę nad gruzami przeszłości, widziałem nagie szkielety i dusze krwawiące pośród połamanych gałęzi, lecz niestety nie mogłem już pomóc. Tuż koło mnie pojawił się szpieg. Stanął obok swego Zleceniodawcy, obok swego Pana...
txt, graf: Dezyderiusz Nieuwikłany
dodaj komentarz
Poruszające... i chyba smutne...Naprawdę. Dziękuję za dawkę czytadła.