{czytanki}
Demon
Zauważyli go w dziesiątym dniu, liczonym od pierwszego pojawienia się nieszczęścia. Wędrowiec spowity był w czarny płaszcz, choć słońce zalewało gorącem trawiaste równiny południa. Jego wierzchowiec czarnej maści nie dawał oznak zmęczenia, choć od najbliższego miasta był tydzień drogi.
Chłopi otoczyli go zwartym pierścieniem. W ich oczach odbijała się nadzieja. Przybysz zsiadł z konia. Ściągnął z głowy kaptur. Miał srebrno siwe włosy. Z twarzy wyglądał na młodego. W oczach pełgały mu nienaturalne, nieludzkie ogniki. Przemówił donośnym głosem:
- Czegóż pragną wasze dusze, dobrzy ludzie?
- Ratuj nas, nieznajomy, pomóż w potrzebie - pokornym głosem rzekł najwyższy członek wioskowej rady, Eidarl, przyklękając na jedno kolano.
- A jakież to nieszczęście was trapi?- zapytał wyraźnie zaintrygowany przybysz, patrząc uważnie na Eidarla.
Chłop nie mógł wytrzymać tego spojrzenia i wbił wzrok w ziemię. Cicho odpowiedział:
- Demon
Obcy spojrzał po twarzach ludzi. Milczał przez dłuższą chwilę. Wreszcie odezwał się:
- Pomogę wam, bom szlachetny i krzywd ludu znieść nie mogę, choć ziemia mi obca. Nie mam jednak ja względu na naród i wygnam stąd bękarta otchłani!
Wszyscy padli na kolana, łzami zroszono ziemię.
* * *
Przedstawił się jako Akheru, pochodził z Riar na dalekim zachodzie. Ugoszczono go wystawnie i napojono. Wioska nie miała nazwy. Składało się na nią coś ze trzydzieści chałup i pięć siedzib znaczniejszych rodów- ni to dworków, ni to zlepków małych domostw. Wokół rozciągały się pola ryżu, ziemniaków i soczystych, czerwonych pomidorów- ziemia była wilgotna dzięki częstym opadom oraz bliskości rzeki.
- Demon przyszedł ze wschodu- relacjonował Eidarl- przeszedł przez pola, zsyłając skazę na rośliny oraz śmierć i deformację na ptactwo, zwierzęta. Widzieliśmy go z oddali. Otaczała go jakby chmura ciemności, wyglądał jak postawny mąż z łapami jaszczura. Z kręgów wyrastały mu kolce jak u jadowitej ryby, na głowie miał rogi kozła. Skrył się w zbiorowisku kamieni za rzeką, a stamtąd nawiedza nas codziennie i zsyła szaleństwo na ludzi. Ci, którzy spojrzą na niego idą za nim. On ich rozszarpuje, zabiera serce, mózg i płuca, a resztę zostawia. W ciągu tych dziesięciu dni zginęło trzydzieści osób...
- Mogę zobaczyć to co z nich zostało? - przerwał przybysz.
- Czy to konieczne?
- Tak, jeśli mam poznać naturę demona.
- W takim razie chodźmy.
Poprowadzili go do małej kamiennej budowli. Zeszli krętymi schodami do dużej sali, której dalsze partie ginęły w mroku. Czuć było woń rozkładu. Akheru wyszarpnął najbliższemu chłopu pochodnię i rzekł:
- Chcę tu zostać sam, potrzebuję ciszy- rzekł rozkazującym tonem- Przygotujcie mego konia i załóżcie mu juki. Ruszam jak tylko stąd wyjdę.
Wyszli bez słowa zdziwieni opryskliwością wędrowca.
* * *
Nim wyszedł zdążyło się ściemnić. Wsiadł na wierzchowca i pognał w stronę jedynego w okolicy mostu.
Przez całą noc panowała cisza. Obawiali się, że ich niedoszły wybawca został pokonany, a zwłoki zbezczeszczone, lecz nad ranem wrócił obciążony tobołem pokaźnych rozmiarów.
Oto wasz demon!- krzyknął wznosząc wór ponad głowę i popędził na północ piaszczystym traktem, a jego płaszcz falował na wietrze. Szlachetny wojownik. Walczący nie dla pieniędzy lecz dla idei. Wspaniały człowiek...
* * *
- Ksanthurze wyłaź z tego cholernego worka!- krzyknął Eidu, kopiąc tobół. Ze środka wyskoczył czarny wilczur. Eidu spojrzał na niego i wymamrotał bezgłośnie Słowa, patrząc swym piekielnym wzrokiem jak pies rośnie, nabiera pseudo ludzkiej morfologii, jak rosną mu umięśnione, potężne nogi z ostrymi, szerokimi kopytami, ręce z ostrymi jak noże pazurami, a z nagiej czaszki rozwija się sześć koźlich rogów w kolorze jasnego mchu, symbol kasty. Demon klęknął przed Eidu i ucałował róg jego czarnego płaszcza. Spod szaty wychynął kościsty, ciemny ogon i wbił się w czaszkę Ksanthura, zostawiając purpurowe znamię.
- Ciesz się, że wybaczyłem ci dezercję w tak ważnym momencie operacji i skończyło się na piętnie- szepnął Eidu.
- Mam nadzieję, że przynajmniej oczy ci smakowały...- dopytywał się ukarany stwór.
- Tak. Wyborne, dzięki, że je zostawiłeś.... czas na nas...
Eidu zrzucił płaszcz, rozpostarł nagie, postrzępione skrzydła utkane z nocy, chwycił Ksanthura w owadzie odnóża brzuszne i unosząc juki w ludzkich rękach wzbił się w powietrze.
Koń uwolniony z osprzętu przestąpił parę kroków. Skubnął wysokie źdźbło stepowej trawy. Spojrzał w niebo czarnymi oczami za byłym panem. Zaczęło padać. Zarżał i pognał przed siebie.
txt. Jan Eldarion
fot. thomas
dodaj komentarz