{Poznań - muzyka}
Lena Piękniewska - eteryczna heroina
Na Jej koncert za pierwszym razem trafiłam przypadkiem. Zupełnie niespodziewanie zadzwonił telefon, że jest ciekawa opcja spędzenia wieczoru. I tak jak nieplanowanie się zjawiłam, tak nieplanowanie zostałam na dłużej, bo dziś nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie nie być w „Pod Pretekstem" gdy Ona akurat tam śpiewa.Sala koncertowa zawsze jest pełna. W trakcie występu niesamowite skupienie, aż gęsto od myśli, bo Ona skłania do refleksji nad samym sobą i życiem w ogóle. Pomaga spojrzeć na rzeczywistość z innej perspektywy, tej bardziej kolorowej, bardziej przyjaznej człowiekowi. Po koncercie są oklaski, prośby o bis, kwiaty, wyrazy uznania i pytania o płytę, na które już niedługo na pewno będzie odpowiadać twierdząco, gdyż właśnie przygotowuje swój debiutancki materiał. Jest gotowa by podbić ogólnopolską scenę muzyczną; że tego dokona nie mam wątpliwości, bo w śpiewanie wkłada całe swoje serce, którego bicie wyczuwa się już w pierwszych taktach jej utworów. Lena Piękniewska uwodzi głosem. Czaruje. Hipnotyzuje. Słowa wykonywanych przez nią utworów mogłyby być pomnikiem ludzkich lęków, nastrojów, emocji.
Oscar Wilde w „Przedmowie" do „Portretu Doriana Graya" napisał, że artysta jest twórcą piękna. Piękno jakie swoim słuchaczom serwuje Piękniewska ma ludzie oblicze, dlatego jest tak sugestywne.

MP: Muzyka to pasja czy sposób na życie?
LP: Jedno i drugie. Pasja absolutna i sposób na życie, nawet jeśli nie zawsze nabiera wymiaru finansowego. Rodzina mówi, że jak nie śpiewam to jestem nie do zniesienia. Robię się nerwowa, nadmiernie dramatyzuję, "siedzę w głowie". Zatem... nazwałabym muzykę sposobem na przeżycie. W pasji.
MP: Ma Pani jakieś muzyczne wzorce? Ulubioną piosenkę?
LP: Trudno wskazać jakąś jasną inspirację, o ulubionej piosence nawet nie wspominając. Wychowywałam się w domu, w którym królował Wagner i przez wiele lat niczego innego nie słuchałam. Pamiętam, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie Justyna Szafran, byłam nastolatką kiedy usłyszałam Justynę w telewizji. Oczarowała mnie. Nadal mnie oczarowuje. Myślę też, że wiele mnie nauczyła, również jako przyjaciółka. Gdybym jednak miała wymienić największą inspirację muzyczną, to na dzień dzisiejszy byłby to Anthony - ogromne uszanowanie dla dźwięku i słowa. Lubię słuchać muzyki osób, które znam. Lubię wykonania poza koncertowe, czyli grane gdzieś w kuluarach, na próbach, w pociągach, kawiarniach. No i... John Cage... całkowite zrozumienie dla ciszy. Oraz wszelkiego rodzaju śpiewane modlitwy.
MP: Skąd czerpie Pani inspirację?
LP: Zauważyłam już jakiś czas temu, że to co mnie rozwija najbardziej to po prostu doświadczanie życia. Zanim zostałam mamą nie bardzo wiedziałam do czego odnieść tą ilość wzruszeń zawartą w muzyce. Nie miałam nawet pewności gdzie jest prawda i czy gdziekolwiek jest... nie wiedziałam czy ja staję w prawdzie. Dziecko odarło mnie z pewnego rodzaju oszustwa, zostało nauczycielem cierpliwości i pokory. Także wszystko to, co mnie ostatnimi czasy dotknęło najmocniej, zraniło, wydarzenia, które sprawiły, że dotarłam do najciemniejszych miejsc egzystencji. I wreszcie ludzie, których spotykam na swojej drodze, wspaniali, piękni ludzie, z którymi możliwe jest bycie w Miłości, takiej właśnie przez duże "M" (dodam, że nie ja to wymyśliłam).
MP: Jakieś najbardziej pasjonujące, inspirujące miejsce w Poznaniu, Pani zdaniem...
LP: Najbardziej inspirującym miejscem w Poznaniu jest mieszkanie mojej ukochanej "siostry" - skrzypaczki Kasi Klebby. I dom Andrzejka Maszewskiego, być może ostatnie takie miejsce w Poznaniu, w którym bohema naprawdę istnieje. Och... i mieszkanie sióstr Niecieckich na Matejki! No i mistycznie... u Małgosi Sieczkowskiej. Ja rzadko stowarzyszam się w knajpach, klubach czy innego rodzaju przybytkach o charakterze rozrywkowym. Domy moich przyjaciół są miejscami, w których czuję się swobodnie i intymnie. Oczywiście są sytuacje kiedy zostaję „zmuszona" do spotkania na tzw. mieście, czyli obiad: U Luigiego... miejsce absolutnie magiczne, świetna pizza plus w razie konieczności pomoc psychologiczna w postaci pani Eli, koncerty zaprzyjaźnionych artystów - Pod Pretekstem i pyszna zupa grzybowa - w Chimerze oraz zawsze świetne wino w Pracowni. Ach... no i jakoś tak niezwykłe w innym świecie przebywanie - w Dragonie.

MP: Śpiewa Pani o smutku, o niepokoju, o tęsknocie... na jednym z koncertów po wykonaniu utworu „Zmierzch" zażartowała Pani nawet, że to była najweselsza piosenka jaką usłyszymy tego wieczoru... dlaczego właśnie taka tematyka? Skąd tak dużo melancholii? Czy Pani repertuar właśnie w związku z tematyką skierowany jest do każdego?
LP: 16 lutego zagrałyśmy z aktorką Haliną Chmielarz koncert, w którym zaśpiewałam (oprócz tym melancholii) również tzw. weselsze utwory. I było świetnie. Ja jednak czułam się jakbym żartowała. Smutek jest częścią mojego życia, tą częścią, która nie zawsze, na co dzień, dochodzi do głosu. Ja mam bardzo piękne życie, pełne miłości i dobroci. Jest we mnie jednak tęsknota i rozpacz, która pochodzi z dzieciństwa. Niewiele się zastanawiam nad tym czy publiczność chce dźwigać ze mną ten smutek i melancholię. Myślę jednak, że każdy z nas ma takie wspomnienia, taki czas, który przeżywa bardzo głęboko. W codzienności nie mamy zbyt wiele okazji, żeby o tym myśleć, więc przychodzimy na koncert, żeby pobyć ze sobą, z tym co w nas.
Jako anegdotę opowiadam czasem co powiedział kiedyś do mnie Jerzy Satanowski: Lenka, na twój koncert do biletu powinien być dodawany sznur gratis.
Bardzo mnie to bawi, zwłaszcza, że mam świadomość jak wiele się od tamtego czasu zmieniło.
MP: Co sprawia Pani największą radość w życiu? Co najbardziej lubi Pani robić?
LP: Lubię patrzeć na moją córkę, rozmawiać z Nią, tańczyć. Lubię spacerować z Nią i Jej tatą po górach. Podróżować lubię. Radością są też spotkania z ludźmi. Nocne rozmowy. Lubię gotować dla przyjaciół, urządzać przyjęcia. Uwielbiam ten moment kiedy wszyscy siedzą przy stole, palą się świece, kwiaty w wazonie pachną, między ludźmi płynie Miłość, a ja podaję przypalony makaron i wszyscy są zachwyceni!
MP: Co Panią wzrusza, a co rozśmiesza?
LP: Wzrusza mnie dobroć. Bezinteresowność. Oddanie. Wzruszają mnie muzycy, z którymi pracuję, ich zaangażowanie, to, że potrafią mnie wesprzeć, że nigdy mnie nie zawiedli, a okazji mieli wiele. Wzruszają mnie wyznania miłości mojej córki do mnie. Mnóstwo jest sytuacji kiedy zwyczajnie jestem poruszona światem. Nie oznacza to jednak, że jestem jakoś szczególnie ckliwa. Twarda babka ze mnie. Kilka lat temu występowałam w sopockim teatrze Atelier, Jacek Zawada, który również tam śpiewał powiedział mi po kilku dniach: wiesz co Lena, myślałem, że ty taka eteryczna jesteś, a tu po prostu heroina...
Rozśmiesza mnie spontaniczność. Zwłaszcza u tzw. "dorosłych" obywateli, np. Kasia Klebba "galopująca" przez park albo Arek - mój mąż, w roli cheerleader'ki.
Rozśmiesza mnie, ale jednocześnie wzrusza umiejętność bycia dzieckiem niezależnie od wieku, pochwała irracjonalnej zabawy, autoironia, zachwyt i czerpanie z życia wszystkiego co dobre, mądre i piękne.
MP: Jak Pani muzyka działa na ludzi? Muzyka komercyjna jest po to by się sprzedać i serwować łatwą rozrywkę, klasyczna by uwrażliwiać, jazz był synonimem wolności i tęsknotą za nią. Osobiście odczytuję pani muzykę jako swoiste katharsis, na koncertach słuchając Pani rozmyślam nad swoim życiem, nad moimi priorytetami, sukcesami i porażkami. Czy można przyjść na koncert Leny Piękniewskiej i wyjść stamtąd zupełnie innym człowiekiem?
LP: Nie wiem w jakim stanie znajdują się ludzie, którzy wychodzą z moich koncertów. Nie od dziś wiadomo, że muzyka to forma terapii. Chciałabym żeby ten, kto przychodzi mojej muzyki posłuchać przeżył ten czas jak najpiękniej, żeby słuchacz odnalazł część siebie, prawdy, również o swoim życiu.
A czy można wyjść odmienionym? Myślę, że jeśli jest się otwartym na branie, jeśli daje się sobie przyzwolenie na przyjęcie tego, co my z siebie dajemy to można naprawdę dużo ze sobą do życia zabrać.
MP: Czym w ogóle jest dla Pani muzyka?
LP: Prawdą.
MP: Już od dziecka wiedziała Pani, że śpiewaniem będzie Pani zarabiać na życie? Że scena to Pani przeznaczenie? A może marzyła Pani by zostać lekarzem, weterynarzem, policjantką?
LP: Jako zupełnie mała dziewczynka miałam obsesję na punkcie skrzypiec. Zawsze jednak śpiewałam. Gdzieś podświadomie wiedziałam, że muzyka jest jedyną właściwą drogą. Trochę czasu jednak musiało minąć zanim zajęłam się śpiewaniem na poważnie. Ukończyłam studia na ASP, z wyróżnieniem, ale... to dawno temu było... Bywałam nauczycielką, terapeutką, grafikiem, sekretarką, tłumaczką, sprzedawałam ziemniaki, bawiłam dzieci w przedszkolu, przeprowadzałam ankiety, pracowałam w sklepie, lepiłam naczynia z ceramiki itp., itd. Kobieta wielu profesji.
Pewna znana dziennikarka usiadła kilka lat temu w fotelu, w wieku czterdziestu paru lat, zadumała się i orzekła głośno: chyba czas już zadać sobie pytanie "kim będę jak dorosnę".
Ja będę śpiewać, zawsze, to wiem na pewno.
Zapraszamy do wysłuchania mp3:
1. kołysanka dla dziewczynki (koncert)
2. wyspa
Rozmawiała: Monika Pawłowska
Więcej informacji na www.lenapiekniewska.pl
dodaj komentarz
Dziękuję Moniko za przybliżenie mi osoby i twórczości Leny P. Po przeczytaniu tego ciekawego wywiadu doszedłem do wniosku, że mam z Leną wiele wspólnego! Najbardziej w kwestii "doświadczania życia" jako rodzic. To niesamowite jak wiele można się nauczyć od swoich własnych dzieci... I też kocham je przez duże "M"! Pozdrawiam!